W poszukiwaniu prawdy na gobanie
Wpis przetłumaczony z bloga Canbek Alakay
Zwykła drewniana plansza i okrągłe kamienie wykonane z muszli. Te dwa proste elementy to wszystko, czego potrzeba do stworzenia eleganckiego i często krwawego pola bitwy w go. Go, wymyślone kilka tysięcy lat temu w Chinach, jest najstarszą istniejącą grą. Przeszła ona kilka zmian zasad strategicznych, ale wciąż pozostaje wierna prostym regułom. Od pewnego czasu jest to moja ulubiona gra.
Czy jest to snucie opowieści o wielkich graczach z przeszłości: Shusaku i Dosaku, lub uczniu Dosaku – Doteki, którzy prawdopodobnie posiadali największy talent w historii go, czy też zwyczajne siedzenie nad drewnianą planszą i kamieniami z muszli, sam na sam ze swoimi myślami. Nawet jeśli gra przemienia się w rzeź, nieświadomy obserwator nic by nie zauważył.
„Kiedy gram w go, często zauważam, jak jest ono związane z moim życiem…
Jeśli zagram nierozważnie, po kilku przegranych w ten sposób grach zaczynam się zastanawiać, dlaczego przegrałem. Wtedy myślę o lekkomyślności mojej gry i uspokajam się. Tak samo bym postąpił, gdybym musiał uporać się z presją w codziennym życiu.”
To słowa właściciela klubu go, w którym często bywam. Tylko raz spotkałem tam mojego rówieśnika – zazwyczaj są to mężczyźni w średnim wieku.
Udowodnione jest, że go spowalnia objawy Alzheimera. To jedyna gra, która wymaga użycia obu półkul mózgu. Dla porównania, szachy wymagają użycia tylko lewej półkuli. Przy tak prostych zasadach gry nawet dzieci mogą się od niej łatwo uzależnić. Na Wschodzie istnieją rankingi profesjonalistów, w których gracze rywalizują o nagrody pieniężne w prestiżowych turniejach, aby zdecydować, kto jest najlepszym graczem w poszczególnych krajach. Większość zawodowców zaczyna grać w wieku sześciu lat, a pierwsze pieniądze z go zarabiają mając około dwunastu.
Ale z wielkim sukcesem w parze idą ogromne męki i porażki.
„Amatorskie Go bierze się z przyjemności, a profesjonalne z cierpienia.”
- Kageyama Toshiro
Rzeczywiście tak jest, co pokazuje wiele przykładów. Obecnie na światowej scenie go dominują Koreańczycy. Ze względu na kolejne pokolenia niewyobrażalnie silnych graczy przedstawiciele innych narodów prawie nie mają szans w turniejach międzynarodowych: ostatnio Chiny zaczynają z tym walczyć, ale Japonia nie wygrała żadnego dużego międzynarodowego turnieju od 2005 roku.
To nie przypadek. Yeon’gusaeng, w Japoni nazywani inseiami, to profesjonaliści juniorzy w wieku od 9 do 18 lat. Plasują się oni wśród najsilniejszych amatorów w kraju, a niektórzy osiągnęli już nawet siłę zawodowców. Spędzają oni ponad dziesięć godzin dziennie studiując go. Układają gry dawnych mistrzów i grają między sobą, a podstawą ich szkolenia jest rozwiązywanie problemów życia i śmierci.
Problemy te to często pozornie proste pozycje na planszy, rozwiązywane po przeczytaniu wariacji pięciu, dziesięciu, a czasami nawet dwudziestu lub trzydziestu ruchów, które prowadzą do zabicia lub przeżycia białego albo czarnego. Ja, po pięciu latach grania z przerwami, mogę przeczytać ponad 15 ruchów, czasem nawet 20, do przodu. Dla porównania, profesjonaliści czytają ponad 100 ruchów.
“Zawodowi gracze, także ja, czytają zazwyczaj około 100 ruchów naprzód. To może zaskakiwać amatorów, ale tak naprawdę nie to jest najtrudniejsze, lecz decyzja, który z ruchów daje najlepszy rezultat… Najgorsze jest, kiedy kilka ruchów po takiej decyzji okazuje się, że wybrałem zły wariant. Bardzo wtedy cierpię.”
- Lee Changho
Lee Changho jest uważany za jednego z największych graczy wszechczasów: wygrał ponad 140 tytułów i całkowicie zdominował profesjonalne go w latach 90. i na początku XXI wieku.
Na początku granie daje bardzo dużo przyjemności i satysfakcji. Umiejętność czytania prostych sekwencji znacznie podnosi siłę. Jednak każdy kolejny stopień należy okupić coraz większym wysiłkiem. Nagle okazuje się, że stoimy przed ścianą, na którą nie da się wspiąć, ani której nie da się zburzyć. Ja też byłem w takiej sytuacji. Ale wtedy zacząłem myśleć.
Ta gra, wymyślona ponad 2000 lat temu, do której potrzeba tylko drewnianej planszy i kamieni z muszli, nauczyła mnie czegoś. Cierpliwości i spokoju ducha. Powietrze znów stało się lekkie, kości bolały mnie coraz mniej, a budzenie się rano znów było przyjemnością, na którą się czeka, a nie przykrym obowiązkiem.
Go nauczyło mnie, aby być zadowolonym z tego, co się ma. Może niektórzy mają więcej, ale jest dobrze. Jest przyzwoicie. Komu potrzeba więcej?
Sięgaj do gwiazd, ale znajduj satysfakcję w codziennym życiu.


12 października 2011 

Autor
Nie ma jeszcze komentarzy… Bądź pierwszy!